// Naszym zdaniem / Homo Sapiens Corporatus - szczęśliwy inaczej "człowiek sukcesu"

Naszym zdaniem

Uczucia
Homo Sapiens Corporatus - szczęśliwy inaczej "człowiek sukcesu"

Ewolucja doprowadziła nas wszystkich do tego właśnie punktu w rozwoju ludzkości, w którym ciężko wyobrazić sobie coś jeszcze innego, jakąś bardziej rozwiniętą formę rodzaju ludzkiego. Chociaż, patrząc na zachowania niektórych grup społecznych czy religijnych, można śmiało powiedzieć, że poszczególne, już nie jednostki, ale całe masy zdecydowanie i uparcie dążą w drugą stronę. W ciemnotę i zakłamanie, ale to ich problem i póki nie włażą mi z ubabranymi ich ideologią butami do łóżka, to nic mi do nich.

Skupimy się na tych pierwszych. Tych, na pierwszy rzut oka, szczęśliwych i zadowolonych ze swojego życia osobników. Doskonale wykształconych, zarabiających olbrzymie pieniądze, szczycących się nad wyraz dumnie brzmiącymi tytułami typu: Senior Recycling Project Manager, czy coś na tą właśnie modłę. Ludzie, którzy wychodząc rano ze swoich domów, budzą większą lub mniejszą, ale nie zawsze dokładnie ukrywaną zazdrość sąsiadów. Cały szyk i codzienna elegancja w ubiorze, wygląd zawsze świeży i nie wywołujący żadnych innych uczuć, jak tylko i wyłącznie zachwyt. Czyściutkie i bardzo drogie służbowe samochody, ilość kart kredytowych praktycznie nieograniczona, wieczny uśmiech i Gombrowiczowska gęba… Można tak długo wymieniać te wszystkie na pozór pozytywy całej sytuacji, w jakiej albo raczej do jakiej dotarli ci nazwanie przeze mnie HOMO SAPIENS CORPORATUS, czyli ludzie, którzy mogą mieć wszystko, a w rzeczywistości nie mają nic. Oczywiście nie oczekuję tutaj, że ogół czytających ten tekst zgodzi się ze mną, ani też nie chcę uogólniać, że dotyczy to wszystkich ludzi związanych z wielkimi firmami. Duża ich część z pewnością powinna przeczytać ten tekst.

 Zacznijmy od prostego i podstawowego pytania: Czym jest życie? Czyżby poświęcaniem się od świtu do nocy pracy zawodowej? Wypruwaniem flaków, aby zarobić kolejne -naście bądź -dziesiąt tysięcy? W przypadku opisywanego przeze mnie gatunku: Homo Sapiens Corporatus nasuwa się pytanie dodatkowe: Po co?  Oni i tak nie bardzo mają okazję coś z tą forsą zrobić. Cierpią na chroniczny deficyt czasu… Całe ich życie to praca. Gonitwa, aby nie dać się wyprzedzić. Przekonanie, że muszą być najlepsi w tym korporacyjnym „wyścigu szczurów”. Nie widzą, nie słyszą niczego innego oprócz celów, narzuconych im przez przełożonych. Jakiś podobny im byt, ale stojący nieco wyżej w hierarchii stada, w którym się znaleźli. I mozolnie, jak ten mityczny Syzyf, pną się na wymarzony szczyt piramidy. Ich pozorowane szczęście wygląda zupełnie inaczej i z pewnością niewiele ma wspólnego z zadowoleniem z korporacyjnych dokonań. Odkładają swoje pasje, miłość, macierzyństwo na bliżej nieokreśloną przyszłość, bo zawsze jest nieodpowiedni czas na życie prywatne. Po całym tygodniu pracy po kilkanaście godzin dziennie odreagowują stres przypadkowym seksem, siłownią, alkoholem, by od poniedziałku zacząć cały cykl od nowa. Wieczorami wracają do swoich wielkich mieszkań w ekskluzywnych dzielnicach dużych miast i … Właśnie i co dalej? Nikt na nich nie czeka, każdy przedmiot w domu niewzruszenie tkwi w miejscu, w którym rano go zostawili, lodówka pusta… Nie ma do kogo się przytulić, z kim porozmawiać, podzielić się osiągnięciami, bądź porażkami dnia, który mija. Jest tylko praca, którą przynoszą do domu, bo jest do wykonania na wczoraj. Praca w pracy, praca w domu. Ich całe życie to praca. Nawet, jeśli szczęśliwie dla siebie nie są singlami, to z partnerami są tylko i wyłącznie sublokatorami, powiązanymi nie uczuciem i wzajemnym zaufaniem, a wspólnymi inwestycjami, papierami, dziećmi. Jakież to smutne…. Co pozostaje, gdy praca po pracy jest już wykonana? Wieczór przed ekranami komputerów i internetowe poszukiwania.  Czego szukają, czego pragną?  Jak każdy: ciepła, miłości, bliskości.  Próbują  „na chybił trafił” znaleźć kogoś, z kim mogliby niezobowiązująco chociaż przez kilka chwil porozmawiać. Opuścić na moment swój właściwy dom „korporację”. Nie ma czasu na świat realny, nie ma czasu, aby gdzieś przypadkowo spotkaną kobietę, czy mężczyznę  zaprosić na kawę, kolację, czy w ogóle na wspólne spędzenie czasu. Nie ma czasu, bo targety, deadliny, meetingi… Homo Sapiens Corporatus, człowiek, który może mieć wszystko, ale w rzeczywistości nie ma nic, co ważne. Są tylko próby nawiązania bliskości podczas imprez firmowych, wyjazdów integracyjnych, gdzie integrację należy rozumieć bardzo dosłownie. Integruje się prawie każdy z prawie każdym. Przez tą jedną chwilę wszystkie hamulce i zasady idą w zapomnienie. Imitacja miłości, pożądania, czułości… A rano tylko kac, moralniak i uciekanie wzrokiem przed współplemieńcami obydwu płci. Oni wiedzą, byli świadkami tej ludzkiej chwili zapomnienia.

Jedno jest pewne: wszystko, co powyżej jest ich świadomym wyborem. Opamiętanie przyjdzie później i inny rodzaj kaca moralnego: uświadomią sobie, że najwspanialszy okres życia zaprzepaścili i co najważniejsze nie mają nikogo, z kim mogliby się tym swoim złudnym, wywalczonym w korporacyjnych bitwach szczęściem, podzielić.

Tysiące Dorianów Gray’ów, tysiące korpoludków. Wilde’owski Dorian zaprzedał duszę diabłu, a Corporatus zaprzedał się w całości korporacjom, z duszą i ciałem. Zerwanie paktu, to moment, w którym, ani jego dusza, ani jego ciało nie będą potrafiły korzystać z uroków życia.  I obym się mylił,  ale „karoshi” (syndrom wypalenia) to bardzo prawdopodobne uwieńczenie ich wieloletniej walki korporacyjnej.

Smutne wieczory korpoludków rozświetlone oczodołami mieszkań. Mieszkań, w których uczucia są tak wielką egzotyką jak życie erotyczne leniwców…

Obudźcie się…

BN

Lubisz ten materiał? Podziel się nim ze znajomymi:

Podobne artykuły

Odwiedź nas na Facebooku